Meta i YouTube muszą zapłacić odszkodowanie w łącznej kwocie 3 mln dolarów kobiecie, która pozwała platformy zarzucając im, iż celowo zaprojektowały swoje usługi tak, aby uzależniały dzieci. Czy ten wyrok zmieni cyfrowy świat, w którym domknęły nas firmy?
Proces, który zakończył się porażką Mety i YouTube, większość mediów okrzyknęła jako “najważniejszy”, “bezprecedensowy” i “niosący nadzieję na zmiany”. Nie bez powodu – to pierwszy raz, w którym amerykańskie Big Techy przegrały przed sądem i nie zdołały udowodnić swojej racji w starciu z argumentacją użytkowników, którzy uważają, że są poszkodowani przez usługi wielkich firm technologicznych z USA.
Meta i YouTube w środę zostały zobowiązane orzeczeniem sądu do zapłaty odszkodowania kobiecie, która oskarżyła firmy o to, iż projektują swoje usługi celowo w taki sposób, aby uzależniały dzieci.
Za co Big Techy dostały pozew?
Powódka znana jako K. G. M. lub Kaley oskarżyła firmy o celowe projektowanie swoich usług w taki sposób, aby uzależniały dzieci i zachęcały je do jak najdłuższego czasu online. W pozwie wskazano m. in. na takie wzorce projektowe, jak autoodtwarzanie materiałów wideo, nieskończony strumień treści do skrolowania, a także systemy rekomendacji algorytmicznych, które sprawiają, że bardzo trudno oderwać się od ekranu – bo zawsze czeka coś nowego do obejrzenia.
K. G. M. zeznała, że w związku z oddziaływaniem platform stała się osobą skrajnie uzależnioną od ich użytkowania, popadła w “paraliżujący stres psychiczny”, jak i w silną dysmorfię oraz depresję. Kobieta cierpiała też z powodu nawracających myśli samobójczych, a każde powiadomienie powodowało, że trudniej było jej przestać logować się do platform.
Meta i YouTube: to nie nasza wina
Serwis CNBC News relacjonuje, że podczas procesu Meta i YouTube próbowały znacząco umniejszać rolę swoich aplikacji w pogorszeniu się zdrowia psychicznego K. G. M. Jak wskazywali przedstawiciele Big Techów, kobieta korzystała z social mediów po to, aby pomagać sobie w radzeniu z problemami zdrowia psychicznego, które miały mieć swoje źródło w trudnym dzieciństwie i problemach rodzinnych.
Szef Instagrama Adam Mosseri podczas procesu stwierdził, że kobieta wcale nie była uzależniona od aplikacji Mety, tylko jedynie korzystała z nich w sposób “problematyczny”. Wiceprezes YouTube’a ds. Inżynierii Cristos Goodrow z kolei argumentował, że należąca do Google’a platforma nie może być odpowiedzialna za szkody w życiu K. G. M., gdyż nie została zaprojektowana tak, aby maksymalizować spędzany na niej czas. Goodrow cały czas podtrzymywał też, że YouTube nie jest medium społecznościowym, tylko platformą streamingową.
Podobną linię obrony słyszeliśmy już w procesie firmy OpenAI oskarżanej o to, że jest winna śmierci nastolatka. Według spółki, dziecko było samo sobie winne, bo korzystało z platformy niezgodnie z regulaminem.
Czy ten proces naprawdę jest przełomowy?
I tak, i nie.
Jest, bo to pierwszy proces, w którym platformy internetowe zostały pociągnięte do odpowiedzialności za wpływ wywierany na życie użytkowników.
Sprawa K. G. M. to pierwsza sprawa, o której usłyszeliśmy w kontekście korzystnego dla powódki rozstrzygnięcia – w kolejce czeka jednak wiele podobnych procesów.
Kara finansowa jest jednak minimalna – szczególnie, że firmy zapłacą ją dzieląc się między sobą. Ok. 70 proc. kosztów weźmie na siebie Meta, a YouTube zapłaci pozostałą część.
Dodatkowo, firmy już zapowiedziały, że nie pozostaną bierne wobec orzeczenia. YouTube otwarcie mówi o odwołaniu, Meta – zapowiada dalsze kroki, co do których jeszcze nie zdecydowała.
Chociaż eksperci porównują proces Kaley do spraw, które w latach 90-tych ub. wieku doprowadziły do wypłat odszkodowań ofiarom uzależnienia od tytoniu, poszkodowanym przez koncerny tytoniowe, które latami ukrywały prawdę o bezpieczeństwie i szkodliwości swoich wyrobów, to jednak wciąż znajdują się w przestrzeni publicznej głosy, które mówią, iż takie porównania to przesada. Jednym z tych głosów może być np. red. Paweł Sulik z radia Tok FM, który podczas debaty o ograniczeniu dostępu do social mediów dzieciom uznał, iż porównywanie platform z tytoniem to przesada.
Wysokie kary finansowe – szczególnie ta, o której orzekł sąd w Nowym Meksyku w innym procesie, w którym zobowiązano Metę do zapłaty 375 mln dolarów odszkodowania w związku z tym, że nie zabezpieczyła dzieci na platfomie przed grasującymi tam drapieżcami seksualnymi i przestępcami – nie wystarczą jednak, aby zmusić Big Techy do zmiany mechaniki działania.
Dla gigantów takich jak Meta czy Google, kary rzędu setek milionów dolarów są mniej bolesne niż drastyczna zmiana algorytmów, która mogłaby obniżyć zaangażowanie użytkowników o kilka procent. Spadek czasu spędzanego na platformie uderzyłby bezpośrednio w ich wycenę giełdową, co jest znacznie groźniejszą perspektywą niż jednorazowe wypłaty.
Dodatkowo, bardzo trudno jest udowodnić, że to właśnie platformy są odpowiedzialne za uzależnienie użytkowników i konkretne szkody w ich zdrowiu psychicznym. Prawnicy pracujący na rzecz Big Techy argumentują, że zdrowie psychiczne jest splotem wielu czynników, np. genetycznych i środowiskowych, a aplikacje społecznościowe to tylko jedne z wielu składowych rzeczywistości, w której żyją korzystające z nich osoby. Taka argumentacja może z łatwością przełożyć się na zmniejszenie wyroków w instancjach odwoławczych, szczególnie ze względu na brak konsensusu naukowego co do negatywnego wpływu platform na psychikę – w badaniach oficjalnie uznawane są póki co przede wszystkim korelacje.
Ugody i markowanie wymuszanych zmian
Proces, w którym Meta i YouTube zostały obarczone odpowiedzialnością za negatywne oddziaływanie swoich produktów na K. G. M., może nie przynieść przełomu jeszcze z dwóch powodów.
Pierwszym z nich są ugody, które często zawierane są przez koncerny z powodami i powódkami. To właśnie na to rozwiązanie postawiły TikTok i Snapchat w styczniu 2026 r. w procesie, który miał rozpocząć się w Kalifornii. Ugoda jest pofuna – sprawia więc, że firmy za stosunkowo niewielką cenę, jaką jest konieczność zapłacenia określonej sumy za brak przyznania się do winy, unikają upublicznienia najbardziej kompromitujących je dokumentów wewnętrznych, które mogłyby stać się narzędziem w rękach innych pokrzywdzonych. Ugoda pozwala też na zachowanie dotychczasowego status quo, gdy mowa o działaniu platformy – sędzia wówczas nie zyskuje możliwości orzeczenia o konieczności wprowadzenia zmian w mechanice np. działania algorytmów.
Drugim powodem są pozorowane zmiany, które platformy wprowadzają, jeżeli już dojdzie do zmuszenia ich orzeczeniem do podjęcia konkretnych działań na rzecz użytkowników. W odpowiedzi na presję tego typu, Big Tech bardzo często decyduje się na wprowadzenie funkcji kontrolnych, mających pozwolić użytkownikom dbać o ich bezpieczeństwo. Chodzi tu o rozwiązania takie, jak np. liczniki czasu, narzędzia blokady, tryby nocne dla nastolatków lub wyskakujące okienka, które zachęcają do zrobienia sobie przerwy od skrolowania.
W praktyce te narzędzia niczego nie zmieniają – bo przenoszą odpowiedzialność na osoby korzystające z platform, lub na ich rodziców – gdy mówimy o użytkownikach małoletnich. Platforma wprost komunikuje: my jesteśmy w porządku. Daliśmy wam narzędzia do walki z uzależnieniem, jeśli macie taki problem – a jeśli nie potraficie z nich korzystać i się uzależniacie, to wyłącznie wasza wina.
Algorytmy pozostają nienaruszone – dalej działają w sposób wywierający negatywny wpływ na użytkowników, którzy spędzają coraz więcej czasu przed ekranami. Tych samych użytkowników, którzy są sami sobie winni – bo źle korzystają z aplikacji zaprojektowanych tak, aby przynosiły swoim właścicielom jak największy zysk (bo przecież platformy internetowe to nie instytucje dobroczynne).
Porównanie Big Techu do Big Tobbacco jest bardzo trafne – bo mimo procesów, odszkodowań i głośnych spraw przed sądem, tytoń nie zniknął z naszego krajobrazu. Używkom z niego towarzyszą dziś ostrzeżenia, brzydkie obrazki i wysoka akcyza – ale ludzie dalej umierają na choroby wywołane szkodliwymi skutkami zażywania wyrobów tytoniowych. Social media najpewniej podzielą los tego rodzaju używek – weszły zbyt głęboko w nasze życie, aby nie przetrwać PR-owych problemów spowodowanych przez procesy. Będzie im towarzyszyć nieco inna otoczka marketingowa, może po zalogowaniu się na daną platformę będziemy widzieli takie czy inne ostrzeżenie o szkodliwości jej oddziaływania – ale nie oznacza to, że biznes ten przestanie być lukratywny.